O życiu

Zostało mi 15 059 dni życia

Różne rzeczy ludzi motywują. Mnie od jakiegoś czasu motywuje śmierć.

O innej mojej motywacji pisałem wcześniej. Tyle, że ta motywacja związana z sukcesami jest raczej dla mnie taką motywacją, by się nie poddawać, by cisnąć dalej, by podążać wcześniej obraną ścieżką, by dalej iść w stronę tego goala, czy bardziej swojsko brzmiącego celu.

Tymczasem jest jeszcze jedna motywacja. Bardzo silna. Nawet silniejsza od tych wszystkich sukcesów. Bo sukcesy działają, ale pod warunkiem, że coś zacznę. Że rozpocznę dany projekt, że zabiorę się za organizację jakiejś przygody, że zacisnę zęby i wyjdę z tej pieprzonej strefy komfortu.

Ale właśnie… zacznę, rozpocznę, wyjdę. A żeby rozpocząć – no tu już motywacja w postaci sukcesów nie zadziała. Bo nie ma szans na sukces, jeśli się za coś najpierw nie zabiorę. A często zabrać się za coś nie jest tak prosto wcale.

I tu z pomocą przychodzi mi druga motywacja. Motywacja, która tyczy się każdego z nas; która łączy nas wszystkich i scala. Coś nieuchronnego, a mimo to dla wielu niewyobrażalnego.

Śmierć

Bo czeka każdego z nas. Bez wyjątku. Ciebie, mnie, Twoją żonę, Twojego męża, Twoją matkę, ojca, kochankę, a nawet – niestety – Twoje dziecko. I nie ważne co zrobisz w życiu, ile miejsc świata zwiedzisz, na ile szczytów wleziesz, ile rekordów Guinnessa pobijesz, z ilu stref komfortu wyjdziesz, ile pieniędzy zarobisz, jak bardzo dobrym człowiekiem będziesz i jak bardzo nie będziesz tego chciał. Umrzesz. I kropka.

Jak my wszyscy.

Bo tak to działa i mimo wciąż wydłużającej się długości życia przeciętnego człowieka – nie sądzę, by kiedykolwiek miało się to zmienić. Po prostu umierać będziemy. Bo taka jest natura.

Ja jeszcze będę żył 15 059 dni

Na chwilę obecną trwanie życia dla mojej płci i mojego miejsca zamieszkania wynosi 73,6 lat. Zakładając, że po drodze nic mi się nie stanie, nie będę miał wypadku, nie zachoruję, nikt mnie zadźga, nic mnie nie zeżre – czeka mnie jeszcze jakieś trochę ponad 40 lat życia. A znając życie – szanse na to, że kipnę wcześniej nie są takie znów małe.

I wiesz co mnie motywuje? Właśnie to.

Świadomość tego, że mam już prawie pół życia za sobą. Że już za parę lat będę mógł powiedzieć, że bliżej mi do śmierci, niż do dnia narodzin. Że zostało mi nie 40 lat życia, a tylko 40 lat życia.

I później nie będzie już nic.

Tak, jasne – wierzących czeka raj, niewierzących czeka zjedzenie przez robaki, a osoby wierzące w reinkarnację powrócą na świat w postaci nosorożca.

Ale nie o tym my tu teraz. Życie (takie właśnie, Twoje/moje, naprawdę Twoje/moje) każdy z nas ma jedno. Jedno, cholera, jedno. Tylko jedno.

I albo to jedno życie przeżyję, albo nie

I nie chodzi o to, żeby zrobić coś wielkiego, pozostawić po sobie ślad na tej, czy innej planecie, czy o inne wybujałe dyrdymały. Bo choć w moim przypadku akurat tak jest, bo chcę po sobie coś zostawić – to to, co przede wszystkim się dla mnie liczy to, by przeżyć własne życie.

By się nie zadręczać niepotrzebnie, nie martwić czymś, na co nie mam wpływu, nie odpuszczać tego, na czym mi zależy. Ale przede wszystkim… by właśnie żyć. By robić to, co mnie uszczęśliwia. By uszczęśliwiać tych, na których mi zależy.

By za te 40 lat powiedzieć, że było spoko.

Nie, że umieram szczęśliwy, bo zrobiłem i zobaczyłem wszystko co chciałem zrobić, czy zobaczyć; ale by powiedzieć, że było spoko i podoba mi się to, co widzę tam, gdzie sięgam pamięcią.

A by móc tak powiedzieć muszę zacząć. Zacząć robić coś lub zrezygnować z czegoś.

Nie chcę robić bucket listy na kilka miesięcy przed śmiercią. Nie chcę czekać do emerytury. Nie chcę czekać w ogóle.

Bo może nie być mi dane tego w ogóle doczekać.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola zostały oznaczone *