O życiu

Są ludzie, którzy mogą coś robić regularnie… i są tacy, jak ja

Myślimy: tak, seria taka, czy taka to dobry pomysł. Startujemy. A później kupa. Nic z tego nie wychodzi.

Tak w dużym skrócie można ująć moje zmagania z seriami dotyczącymi w sumie to czegokolwiek. A jakby się tak mocniej zastanowić to nie tylko z seriami, ale w ogóle z rzeczami, które wymagają ode mnie regularności, codziennej – chciałoby się rzec – rutyny.

Wstaję rano i myślę sobie: zrobię serię wpisów o pomidorach. Codziennie będę wrzucał zdjęcie pomidora. Czerwonego, zielonego, brunatnego, czy fioletowego. Jeden pies. Ważne, żeby był pomidor.

Pierwszego dnia jestem zajarany pomysłem. Myślę, myślę. Super! Cisnę. Pomysł fajny, będzie trochę fajnego contentu. Drugiego dnia robię fotkę i wrzucam. Trzeciego trochę mi brakuje na to czasu, ale też ostatecznie wrzucam. Po prostu później niż do tej pory. Czwartego szukam już usprawnień, automatyzacji. Może zdjęcie jakiegoś fajnego pomidora znajdę gdzieś w Internecie. Piątego odpuszczam, nie mam czasu. Szóstego też. Dziesiątego wrzucam znowu. Piętnastego też. Z dopiskiem, że to ostatnie.

Tak mam praktycznie za każdym razem. Ostatnio wpadłem na pomysł, by pisać codziennie o tym, czego się uczę każdego dnia. Dalej uważam, że sam pomysł jest świetny. Człowiek uczy się każdego dnia, choćby nie wiem co. Ja też uczę się każdego dnia. Ale… pisanie o tym, czego się nauczyłem już „przekracza moje możliwości”.

Seria się skończyła. Miała trwać miesiąc, miałem codziennie coś publikować. Tymczasem łącznie opublikowałem 7 wpisów (o nowych podcastach na iTunes; o wyciąganiu płyty, która się zacięła; o obiektywie kitowym; o limicie 4GB przy nagrywaniu filmów lustrzankami; o upgradzie firmaware’u w aparacie; o przysłonie; o migawce). Miało ich być 4x więcej.

Wcześniej miałem podobny pomysł na moim angielskim blogu. Seria Founder’s Diary miała pokazywać jak wygląda życie człowieka robiącego biznes. Jeszcze codzienne spisywanie swoich czynności w notatniku (tradycyjnym, papierowym) jakoś mi wychodziło. Ale spisywanie tego, w formie wpisu na bloga, raz w tygodniu – już nie. Seria też się ostatnio zakończyła.

Idąc dalej… niedawno na Snapchacie wspominałem o moim harmonogramie publikacji. Stały zestaw to łącznie 4 wpisy na różne blogi w tygodniu + 2 filmy na YouTube + 1 odcinek podcastu. Oczywiście czasami się udaje, ale tak na dłuższą metę już nie.

I dzieje się tak nie dlatego, że nie lubię tego robić. Uwielbiam pisać, nagrywać filmy, czy odcinki podcastu. Jakoś tak jednak gdy przychodzi do rutyny, do rozpisanego z góry harmonogramu, do którego muszę się dopasowywać dzień po dniu – traci to dla mnie całą magię. W międzyczasie pojawia się tyle innych, ekscytujących rzeczy, że jakoś tak… no sami wiecie.

W jednym z odcinków podcastu Mała Wielka Firma Paweł Tkaczyk i Marek Jankowski wspominali o tym, że nie interesuje ich sponsoring odcinków podcastu. Czemu? Ponieważ dla nich oznaczałoby to konieczność nagrywania odcinków regularnie, w konkretnych odstępach czasu. A oni chcą publikować kolejne odcinki, gdy najdzie ich na to ochota. Gdy wiedzą, że odcinek jest po prostu dobry.

Nie zgadzam się z opinią, że skorzystanie z oferty sponsoringu odcinka podcastu wiązałoby się z koniecznością regularnego nagrywania. Zgadzam się jednak z drugą częścią ich wypowiedzi. Tworzenie kolejnych odcinków podcastu, filmów na kanał YouTube’a, wpisów na bloga musi dawać radość. Nie ma sensu publikować tylko dlatego, że ktoś/coś (harmonogram) nas do tego „zmusza”. I jasne, że dla biznesu/bloga/kanału/podcastu byłoby lepiej gdyby kolejne partie contentu pojawiały się regularnie, w konkretnych odstępach czasu.

Z drugiej jednak strony, co jest najważniejsze w tym wszystkim? Jakość materiałów, które publikujemy. A gdy nie jesteśmy w stanie zagwarantować wysokiej jakości, w przypadku częstego, regularnego publikowania – nie powinniśmy tego robić. Co więcej, jeśli nam – twórcom – taka konieczność dotrzymywania terminów ciąży, również powinniśmy sobie tę cykliczność odpuścić.

Teraz już w końcu i ja to wiem. Ja jestem właśnie taką osobą. Osobą, której codzienna rutyna ciąży. Nawet jeśli związana jest ona z tym, co przecież uwielbiam robić. Jestem osobą, która może publikować coś w momencie gdy tego chce, gdy czuje wenę, natchnienie, gdy ma ochotę to zrobić, gdy sprawia mu to przyjemność. I nie ma co narzucać sobie konkretnych ram czasowych, że dzisiaj MUSI wyjść to, czy tamto. Nic nie musi. Co najwyżej może.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola zostały oznaczone *