Malta i Gozo – historia przeze mnie spisana

Malta – o tym kraju słyszy się ostatnimi czasy dość często. Tanie bilety lotnicze, bezpośrednie połączenia. Ja nigdy tam wcześniej nie byłem. W tym roku postanowiłem to zmienić.

I oto moja historia.

Malta (i Gozo) widziane moimi oczami

Wylatywaliśmy dokładnie 16. sierpnia. Wylatywaliśmy, bowiem było nas 6 (7 licząc z moją Młodą). Wylot popołudniowy, późno popołudniowy, jakoś grubo po 18. Z Gdańska. Lot bezpośredni, tanimi liniami. Wsiadamy w samolot i lecimy.

Lot standardowy, bez większych ciekawostek, zakończony tradycyjnymi, wstydliwymi oklaskami polskich współpasażerów po wylądowaniu.

Na lotnisku jak na lotnisku. Nie za duże, nie za małe. Międzynarodowe, więc czyste, zadbane, nieźle zorganizowane.

Sprawdziłem wcześniej jak wygląda kwestia transportu do/z lotniska, więc wiedziałem co robić po wylądowaniu. Skierowaliśmy się w stronę przystanków autobusowych (znajdują się tuż przed wejściem na lotnisko) w poszukiwaniu autobusu linii zaczynającej się od X. W sumie X cokolwiek, bo wszystkie, które mogliśmy tutaj spotkać jechały akurat tam, gdzie my chcieliśmy dotrzeć.

Było po 22, więc musieliśmy się spieszyć. Jakoś niedługo później miał stąd odjeżdżać ostatni autobus tego dnia. Później zostałyby nam już tylko taksówki. Podeszliśmy na przystanek, szybkie spojrzenie na rozkład. Jest! Ostatni autobus tego dnia. Za jakieś 20 minut. Podjeżdża 10 minut później, my wsiadamy, a on chwilę później odjeżdża.

Komunikacja publiczna na Malcie

O komunikacji publicznej, autobusach, kierowcach autobusów na Malcie słyszałem wiele. Przeważnie tego typu opowieści trzeba podzielić przez 2. Podczas tego wyjazdu miałem się jednak przekonać, że w tym przypadku są one w 100% prawdziwe.

To był ostatni(!) autobus, który odjeżdżał spod lotniska tego dnia. Ostatni na trasie. Następne autobusy tej linii miały pojawić się dopiero rano. A mimo to jakby nigdy nic odjechał 10 minut przed wyznaczonym czasem. Mieliśmy masę szczęścia.

Kierowcy autobusów na Malcie nie zwracają uwagi na czas, na godzinę. Kompletnie na to nie zwracają uwagi. Już tego pierwszego dnia nauczyliśmy się, że na przystanku należy być przynajmniej 10 minut przed planowaną godziną odjazdu i spokojnie uzbroić się w cierpliwość, gdyż przyjdzie nam czekać do 20 minut.

Drugą rzeczą, która rzuciła się w oczy niemal natychmiast po tym jak kierowca autobusu ruszył, to prędkość z jaką jechał. Nie była to standardowa, autobusowa prędkość. Było to co najmniej 2x tyle. Z jednej strony autobus więc pędził za szybko z pasażerami na pokładzie; z drugiej zaś strony – przez tę dodatkową prędkość dojeżdżał do kolejnych przystanków szybciej niż powinien, czym powodował, że z każdym kolejnym przystankiem różnica między planowaną godziną z rozkładu a faktyczną godziną, o której z danego przystanku odjeżdżał tylko się zwiększała. Tak jak z naszego przystanku odjechał o 10 minut za wcześnie, tak miałem wrażenie, że z każdym kolejnym przystankiem różnica była tylko większa. 11 minut przed czasem, 12 minut, 13…

Pusta droga – pomyśleliśmy. Pewnie każdy kierowca by sobie pozwolił na to, by przyspieszyć. No więc nie. W kolejnych dniach mieliśmy się przekonać, że przepisy drogowe na Malcie – no cóż – są, ale w sumie to nie wiadomo po co.

L-Imsida, Malta

Wysiadka z autobusu po przejechaniu kilku kilometrów, by przesiąść się na kolejny. Podjechał niedługo. Wsiedliśmy, przejechaliśmy kolejne kilka kilometrów i byliśmy na miejscu. W L-Imsida, na Malcie.

Miejsce nieprzypadkowe. Wybrałem je specjalnie ze względu na swoje położenie. Z jednej strony stosunkowo blisko lotniska (a że lądowaliśmy późno, to było to niezwykle istotne), z drugiej – dokładnie w połowie drogi pomiędzy Sliemą, a Vallettą. A że sam wyjazd miał się składać zarówno ze zwiedzania, jak i plażowego odpoczynku – miejsce wydawało się być dla nas idealne.

I faktycznie było.

Dojechaliśmy późnym wieczorem, więc nie było mowy o specjalnym zwiedzaniu okolicy. Z właścicielem mieszkania umówiliśmy się na miejscu (bardzo miły człowiek!), wymieniliśmy się kilkoma informacjami, przejęliśmy klucze do mieszkania i zaczęliśmy się rozgaszczać na miejscu. Trzeba było zaopatrzyć się w niezbędne rzeczy (przecież wiadomo było, że nie pójdziemy spać tak szybko) w małym sklepiku nieopodal i uznaliśmy wyjazd za oficjalnie otwarty.

Mieszkanie nie miało klimatyzacji, a temperatura letnia, śródziemnomorska. Aż tak bardzo jednak nam to tej nocy nie przeszkadzało. Ekscytacja nowym miejscym, wyjazdem, zdecydowanie wzięła górę.

L-Imsida, Malta

Następnego dnia z rana szybkie pakowanie i wyjazd w poszukiwaniu miejsca, z którego można wejść do morza.

L-Imsida jest świetnie skomunikowana. Po zejściu uliczką kilkuset metrów w dół, byliśmy na przystanku autobusowym, na którym autobusy jeździły co kilka minut. Chcieliśmy pojechać w stronę Sliemy (Valletta miała być naszym ostatnim punktem wycieczki), wsiedliśmy więc do jednego z mnóstwa autobusów, które jechały w tamtym kierunku, zapłaciliśmy po 2EUR za bilet i wio, przed siebie.

Nikt z nas nie miał pojęcia na którym przystanku wysiąść. Wybraliśmy więc na czuja jakikolwiek, który znajdował się w okolicy miejsca, które podobało nam się zza szyby autobusu i tam postanowiliśmy poszukać szczęścia.

Wybraliśmy dobrze. Plaża (mocno kamienista), morze, słońce. Nic więcej tego dnia nam nie było trzeba.

Sliema, Malta

Plaże na Malcie

Plaże na Malcie w zdecydowanej większości są kamieniste, a raczej skaliste. W ogóle całe wybrzeże Malty, Gozo i Comino to skały. Ma to swoje plusy – można skakać do wody, ale i minusy – wielbicielom wygodnych piasków pod tyłkiem może nie przypaść do gustu.

Piaszczyste plaże też się gdzieniegdzie znajdą, ale raczej tak, powiedzmy, nienaturalnie piaszczyste.

Morze jest piękne, czyste, ciepłe i słone. Generalnie gdy wchodzisz, nie chcesz z niego wychodzić.

Warto też wspomnieć o ukwiałach. Występują tu, szczególnie w mniejszych oczkach wodnych na plażach. Bardzo niemiłe uczucie gdy się z nimi spotkasz. Dwie osoby z naszego wyjazdu mogą to potwierdzić.

Sliema, Malta

Gozo

Następnego dnia jechaliśmy na Gozo. Osobom, z którymi rozmawiałem przed wyjazdem nasz plan wydawał się dziwny. Planowaliśmy bowiem spędzić 6 nocy na Gozo i połowę tego na Malcie. Szczerze jednak – to było najlepsze co mogliśmy zrobić. Gozo nam dużo, dużo bardziej przypadło do gustu. Ale może nie wyprzedzajmy faktów.

Wiedzieliśmy, że na Gozo najlepiej dostać się promem. Prom ten wypływa z drugiej (zachodniej) strony wyspy. Będąc jeszcze w L-Imsida sprawdziliśmy więc połączenia autobusowe. Przystanek docelowy: Ic-Cirkewwa. Kawał drogi (jak na Maltę).

Najpierw jednak trzeba było zdobyć 7-dniową kartę na autobus.

Tallinja card – 7-dniowa karta na autobus

Słyszeliśmy już wcześniej o tym, że istnieje coś takiego jak karta autobusowa dla osób, które tu przyjeżdżają na kilka dni. Porozmawialiśmy z naszym hostem z L-Imsida, poczytaliśmy trochę w Internecie i faktycznie. Taka karta istnieje. Nazywa się Tallinja card (konkretnie: Tallinja card – Unlimited travel for 7 days) i upoważnia do jeżdżenia wszelkimi autobusami na Malcie i Gozo, przez 7 dni, bez ograniczeń. Idealne rozwiązanie dla nas.

Sprawdziłem miejsca, gdzie można ją było zakupić (nie kupisz jej na każdym przystanku) i znalazłem jedno stosunkowo niedaleko od nas. Wsiadłem więc w autobus w stronę Sliemy i dojechałem do miejsca, z którego wypływają promy z Sliemy do Valletty (przystanek się bodajże nazywa Sliema Ferry). Tam znalazłem budkę, w której miły pan sprzedawał tego typu karty. Poprosiłem o 6 kart dla dorosłych i jedną dla dziecka. 21 EUR za kartę dla osoby dorosłej, 15 EUR za kartę dla dziecka. Kupione, mogę wracać.

Kierowcy autobusów na Malcie

Kupiłem karty i postanowiłem wrócić do L-Imsida, by stamtąd ze wszystkimi pojechać dalej w stronę promu na Gozo. Stanąłem więc na przystanku i czekam. Podjeżdża autobus. Kierowca jednak machnięciem ręką pokazuje, że nie wpuszcza kolejnych ludzi. Autobus jest pełen. Patrzę do tyłu. No może faktycznie trochę ludzi jest, ale bez przesady… w Polsce weszłoby do autobusu 3x tyle. Nie kłócę się jednak, odchodzę i czekam na kolejny.

Podjeżdża następny. Sytuacja się powtarza.

Już poprzedniego dnia zauważyliśmy, że kierowcy autobusów rządzą tu „wszystkim”. To oni decydują, czy w autobusie jest ciasno, czy też nie. Czy pozwolą ci wsiąść, czy też nie. Czy pojechać dalej, nie zatrzymując się na regulaminowym przystanku, czy też może zatrzymać się i zlitować nad osobami, które na przystanku stoją. Mieliśmy jednak do tej pory na tyle dużo szczęścia, że albo wsiadaliśmy na początkowych przystankach danej linii, albo podjeżdżały do nas autobusy stosunkowo puste.

Tym razem tyle szczęścia nie miałem.

Podjechał trzeci autobus. Sytuacja znów ta sama. Osoby, które stoją ze mną na przystanku zaczynają się wyraźnie irytować. Ja rozważam czy nie iść z powrotem piechotą. Kątem ucha jednak słyszę, że jeden z moich towarzyszy niedoli zaczyna kłócić się z kierowcą autobusu, który odmówił nam wejścia. Ten zaś – wyraźnie zirytowany tym, że ktoś mu na cokolwiek zwraca uwagę – mówi:

– Idźcie na autobus X coś – nie pamiętam dokładnie numeru – tu jest pełno, on ma pusto, a jedzie do Valletty. Spokojnie więc nim możecie pojechać.

Po czym zamyka drzwi i odjeżdża.

Wszyscy widzimy światełko w tunelu, idziemy na przystanek obok i cierpliwie czekamy. Podjeżdża ów X coś. Jestem któryś tam w kolejce. Przede mną inni. Wchodzi pierwszy.

– Czy ten autobus jedzie do Valletty? – pyta
– Nie – odpowiada kierowca autobusu X coś

Wchodzi drugi.

– Czy ten autobus jedzie do Valletty?
– Nie – odpowiada znów kierowca

Wchodzi trzeci.

– Czy ten autobus jedzie do Valletty?
– Nie – po raz kolejny
– Ale kierowca tamtego autobusu mówił, że Pan jedzie do Valletty, dlatego przyszliśmy. – nie daje za wygraną trzeci
– Ale ja nie jadę do Valletty, to nie moja trasa. Musicie wrócić na tamten przystanek i wsiąść do innego autobusu.

Trzeci się poddaje i wysiada. Wchodzi czwarty.

– Czy ten autobus jedzie do Valletty?
– Niiii – kierowca jakby się zawiesił – A wiecie co? Cholera, dobra szlag z tym! Jadę do Valletty. Wsiadajcie.

Jak powiedział tak zrobił. Zmienił sobie trasę i zawiózł nas tam, gdzie chcieliśmy.

I tak oto kierowca autobusu X coś uszczęśliwił wszystkich, którzy czekali na przystanku. A trochę mniej tych, którzy już tym autobusem jechali. Pewnie gdy uświadomili sobie, że nie jadą tam, gdzie mieli jechać – musieli się lekko zdziwić.

No to jedziemy na Gozo

Wszyscy czekali na mnie na przystanku. Trochę mi zeszło, ale w końcu dotarłem. Znaleźliśmy połączenie z Ic-Cirkewwa i stanęliśmy na przystanku. Najbliższe połączenie było z przesiadką. Najpierw jeden autobus, później drugi.

I w ten sposób nauczyliśmy się, że tą samą trasę na Malcie można pokonać w 2 godziny, jak i w godzinę.

Tym razem jechaliśmy dwie godziny. Nie dlatego, że coś się stało. Po prostu. Autobus, który wybraliśmy w L-Imsida wjeżdżał wszędzie – taką miał trasę. Jechał naokoło, kręcił między budynkami, zatrzymywał się na każdym przystanku. Jechaliśmy, jechaliśmy i jechaliśmy. No ale w końcu dojechaliśmy. Do przystanku, na którym miała być przesiadka. Wysiedliśmy i odczekaliśmy parę minut.

Na horyzoncie pojawił się ten, którym mieliśmy jechać dalej. Jego numer widzieliśmy z daleka. Serce w gardle – bo czy oby na pewno będą miejsca, żeby wsiąść. W sumie staliśmy na kompletnym pustkowiu, gdzie nie było nawet cienia, żeby się schować. Co będzie jeśli…

Na szczęście miejsce było. Wsiedliśmy i szczęśliwie dotarliśmy do promu na Gozo.

Prom na Gozo

Po wyjściu z autobusu przybiega do nas, do wszystkich, którzy wysiedli z autobusu, kilku ludzi, naganiaczy, którzy chcą opchnąć nam wycieczki autokarowe po wyspie (którejkolwiek), oprowadzanie z przewodnikiem, wycieczki motorówką, cokolwiek chcesz. Mieli też ofertę przewozu promem na Gozo. Podziękowaliśmy im wszystkim i poszliśmy do budynku, portu(?), z którego wypływają promy.

Na miejscu ogromne zaskoczenie – brak kolejek, wszyscy czekają już na odpłynięcie. Wszyscy już na pokładzie. Ale jak to? Bez kolejek do kasy po bilety? Bez kolejek do odprawy? No nic, coś dziwnego. Podchodzimy do kasy, a tam miły pan mówi, że nie, nie, nie. Nic nie płacicie, nie ma biletów. Wsiadacie i płyniecie. Płaci się tylko za powrót promem (za podróż w jedną stronę, z Gozo, na Maltę). Teraz mamy już iść.

Aaaaaa, a więc to stąd ten brak kolejek.

Prom przewożący ludzi na Gozo jest duży, naprawdę duży. Ma kilka pokładów, zabiera ze sobą ludzi, samochody, rowery, zwierzęta. Znajdziesz na nim sklep, restaurację, miejsce do posiedzenia, do stania, do chodzenia. Generalnie całkiem spory moloch, który mimo swoich rozmiarów płynął stosunkowo szybko. W przeciągu 20min, no może pół godziny, byliśmy na miejscu.

Po drodze mijaliśmy Comino (na które chcieliśmy popłynąć za kilka dni), mnóstwo jachtów i motorówek. Sielsko i anielsko. Dobrze się zapowiada.

Gozo – jesteśmy na miejscu

Prom dopłynął na miejsce, a my od razu skierowaliśmy się w stronę przystanków autobusowych. Są tuż przy wyjściu z budynku, więc problemu nie było. Autobus podjechał, my wsiedliśmy i po jakichś 10 minutach wysiedliśmy.

Byliśmy na miejscu.

Gozo

Ghajnsielem

Dojechaliśmy do Ghajnsielem. To tu mieliśmy spędzić najbliższe dni.

Pierwsze wrażenie: spokojniej niż na Malcie, mniej turystów, czyściej, ciszej. Dużo, dużo, duuużo fajniej.

Od przystanku mieliśmy blisko do naszego mieszkania. Kawałek pod górkę i byliśmy na miejscu.

Mieszkanie w Ghajnsielem – AirBnb daje radę

Wiedzieliśmy, że mieszkanie, które zarezerwowaliśmy na Gozo będzie dużo lepsze od tego, które mieliśmy na Malcie. Nie wiedzieliśmy jednak, że tak dużo lepsze.

Oba mieszkania (na Malcie i na Gozo) rezerwowaliśmy na AirBnb. Trochę musiałem ponegocjować z hostem na Gozo (chciał, żebyśmy zostawali dłużej – nam to nie pasowało), ale było warto. On zszedł o dwie noce, my zdecydowaliśmy się zostać dzień dłużej. Win-win.

Mieszkanie w Ghajnsielem było przestronne, nawet bardzo. Fajne, wygodne pokoje, kuchnia, jadalnia, klimatyzacja, bardzo, bardzo dobry standard za rozsądne pieniądze. I co najważniejsze – taras, do naszej wyłącznej dyspozycji. Na tarasie grill tylko dla nas i przepiękny, przepiękny widok na okolicę.

Ghajnsielem, Gozo

Host oczywiście niesamowicie miły.

Na AirBnB zdarzają się lepsze i gorsze oferty (sam to wiem z praktyki). Nam – przy okazji tego wyjazdu – oba mieszkania podpasowały w 100% i po powrocie szczerze, bardzo szczerze ten serwis polecam.

Azure Window – Gozo

Pierwszego dnia po przybyciu na Gozo nie robiliśmy zbyt wiele. Trochę połaziliśmy po okolicy, znaleźliśmy bardzo fajną knajpę, w której posmakowaliśmy spaghetti marinara (i od tego dnia to była ulubiona potrawa wszystkich bez wyjątku), a na wieczór okazało się, że w Ghajnsielem organizują koncerty na żywo. Mega fajna sprawa, lokalni maltańscy artyści, orkiestra, krzesełka wyłożone przed sceną, plac zabaw za krzesełkami. Świetny klimat. Nie aż tak turystyczny.

Następnego dnia już był konkret. Wybraliśmy się na najbardziej popularną i najbardziej obleganą atrakcję na Gozo, a kto wie czy nie na całej Malcie – Window Azure. Miejsce znane z filmu Piraci z Karaibów jest wizytówką tej wyspy.

Azure Window, Gozo

Niesamowite widoki, przepiękne wybrzeże, morze. Coś wspaniałego(!) Obowiązkowa, absolutnie obowiązkowa pozycja jeśli jesteś na Gozo.

Ale też zatłoczona. Turystów niestety całe mnóstwo. Są wszędzie. Na skałach, pod skałami, w morzu, przy straganach. Są po prostu wszędzie. Trochę to przeszkadza, nie powiem. Widok jednak jest na tyle wspaniały, że warto mimo tych wszystkich ludzi poświęcić czas na dotarcie tu.

No właśnie. Dotarcie. Window Azure znajduje się na zachodnim wybrzeżu Gozo. My byliśmy na wschodnim. Wsiedliśmy więc do autobusu jadącego do Dwejra i wio, przed siebie. Klimatyzacja w autobusie nie działała. A przed nami godzina drogi. Na każdym kolejnym przystanku dosiadają się kolejne osoby, robi się ciasno (jakoś tym razem kierowca wpuszczał wszystkich, jak leci). Ciasno i gorąco. Duszno. Niesamowicie gorąco i duszno. Po chwili każdy czuje się jak w saunie. Ciężko oddychać. Ciężko, by nie zaczęło kręcić się w głowie. Część ludzi z autobusu nie wytrzymuje, nie dojeżdża do końca, wysiada na jednym z wcześniejszych przystanków, by ochłonąć (biedni – pewnie tak szybko kolejnego autobusu z wolnym miejscem dla nich nie było). My dojechaliśmy. Każdy z nas wyglądał jakby dopiero co kąpał się w ciuchach w morzu. Ale dojechaliśmy. Daliśmy radę. I było warto. Powrót już był lepszy – klimatyzacja w autobusie działała.

Azure Window, Gozo

Aha, przy Window Azure znajduje się mała zatoczka, z której wypływają łódki z turystami, które opływają całą atrakcję dookoła. No może nie dookoła, ale kawałek wzdłuż wybrzeża. Warto, naprawdę warto poświęcić te 4 EUR, żeby zobaczyć całość z wody.

Azure Window, Gozo

Gozo — Victoria, Cittadella

Następny punkt na naszej mapie do zobaczenia – Victoria i cytadela.

Victoria, Gozo

Victoria to stolica Gozo. Miasto, które wcześniej nazywało się Rabat (często jeszcze tę nazwę widać w różnych miejscach), a w XIX wieku zmieniło (oficjalną) nazwę, by uczcić diamentowy jubileusz królowej Wiktorii.

Miasto, miasteczko (ma trochę ponad 6 000 mieszkańców) miłe, przyjemne. Ceny trochę wyższe niż w Ghajnsielem, no ale w końcu to stolica (i największe miasto na wyspie). No i przede wszystkim – ma cytadelę.

Victoria, Gozo

A raczej to, co z cytadeli zostało. A w niektórych miejscach zostało jej więcej, w innych mniej. Warto jednak zapuścić się pod górę i ją zwiedzić. Robi naprawdę dobre wrażenie, a widok z niej – cudo! Polecam.

Victoria, Gozo

Ramla l-Hamra

Trochę pozwiedzaliśmy różnych miejsc. Czas na plażę. Postanowiliśmy wybrać się na Ramlę.

Ramla to jedna z najpopularniejszych plaż na wyspie. Stosunkowo łatwo na nią dotrzeć (jadą tam dwa różne autobusy, z nawet niezłą częstotliwością). No i przede wszystkim, jest piaszczysta.

Ramla, Gozo

To nie jest ten piasek, który znamy z plaż nad Bałtykiem. Bardziej jakby przypomina zmieloną skałę. Jest inny. Po prostu inny. Nie gorszy, nie lepszy, nie bardziej, czy mniej przyjemny. Po prostu inny.

Ramla, Gozo

Na miejscu znaleźć można trochę wodnych atrakcji turystycznych. Są rowery wodne do wypożyczenia, są motorówki z bananami, czy takimi ringami/kołami, które ciągnie motorówka (to jest świetne!).

Tam też znajduje się inna z popularnych atrakcji turystycznych Gozo. Jaskinia Kalipso, gdzie według miejscowej tradycji miałaby zamieszkiwać kiedyś nimfa Kalipso, u której schronił się Odyseusz. Nie zapuściliśmy się jednak do niej, woleliśmy tego dnia skorzystać z błogiego lenistwa na plaży. Z dołu jednak jaskinia robi naprawdę fajne wrażenie.

Comino

Jednym z głównych punktów całego wyjazdu było odwiedzenie wszystkich trzech wysp Malty. Zarówno samej Malty, Gozo, jak i najmniejszej z nich – zamieszkanej oficjalnie przez 4 osoby – Comino.

Comino

Podeszliśmy więc jednego dnia do wypożyczalni motorówek nieopodal promu i podpytaliśmy o koszty przepłynięcia jedną z nich na Comino. Podróż w jedną stronę motorówką = 10 EUR. Za to koszt wypożyczenia całej motorówki dla siebie na 3 godziny (i płynięcia gdziekolwiek będziemy chcieli) wynosił około 120 EUR. Szybka matematyka w głowie i wiedzieliśmy, że przy takiej ilości osób, lepiej będzie nam skorzystać z drugiej opcji. Wzięliśmy więc motorówkę na wyłączność na 3 godziny i każdy z nas zapłacił po 20 EUR.

Opłynęliśmy z właścicielem motorówki wszystkie fajniejsze miejsca na Comino, skaliste wybrzeża, jaskinie, błękitną lagunę. Wszystko to robiło niesamowite wrażenie. A w połączeniu z możliwością wyskakiwania z motorówki do wody w każdym momencie i wpływania gdziekolwiek chcieliśmy (do jaskiń), całość naprawdę była warta swojej ceny.

Comino

Comino to niewielka, skalista wyspa, na której znajduje się hotel, posterunek policji i kościół. I chyba tyle. A przynajmniej tyle widzieliśmy z pokładu motorówki, bo na samą wyspę nie wychodziliśmy.

Warto, naprawdę warto to zobaczyć. Skalista wyspa, jej wybrzeże i ta niesamowita woda (błękitna laguna) robią piorunujące wrażenie.

Marsalforn Bay

Następnym punktem na naszej liście do zobaczenia było Marsalforn Bay. Druga, obok Ramli, najbardziej znana plaża na Gozo.

Marsalforn Bay, Gozo

W przeciwieństwie do Ramli jednak – tutaj mówimy o plaży miejskiej. Tak jak na Ramli w odległości kilku kilometrów nie było nic, poza straganami lokalnych „przedsiębiorców”, tak tutaj okazało się, że całość to nic innego jak wybrzeże/plaża w mieście/miasteczku, w jego bardzo bliskich okolicach. Z jednej więc strony było wszystko obok (sklepy, restauracje itp), z drugiej – dalej to jednak miasto. I klimat nie ten.

Plaża miejska malutka, zresztą mało interesująca. Z kolei gdy z niej zapuścimy się lekko w prawo (mając miasteczko z tyłu), wrażenie jest dużo lepsze. Co prawda typowej plaży tam nie znajdziecie, ale samo wybrzeże jest przepiękne.

Marsalforn Bay, Gozo

Szczególnie ta skała znajdująca się nieopodal, o którą odbijają się fale.

Marsalforn Bay, Gozo

Tego dnia jednak wiatr był stosunkowo mocny, a fale bardzo wysokie. Wiedzieliśmy więc, że z morza specjalnie nie pokorzystamy. Szybka decyzja i przenieślimy się na Ramlę.

Fale co prawda i tu były ogromne, ale przynajmniej było jak pokorzystać czy to ze słońca, czy z wody. I można było poskakać przez fale. I to nie małe fale.

Z Gozo na Maltę z powrotem

Czas spędzony na Gozo był naprawdę, naprawdę fajny. Nadszedł jednak dzień, w którym musieliśmy opuścić tę wyspę i wrócić na Maltę.

Pojechaliśmy więc na prom, na niego wsiedliśmy i niedługą chwilę później byliśmy już z powrotem na Malcie. Tam po chwili podjechał autobus jadący prosto do L-Imsida.

Tym razem jechaliśmy jakąś godzinę, bez przesiadki. Znacznie szybciej, znacznie przyjemniej. Po drodze zaś mieliśmy okazję skonfrontować wszystko to, co widzieliśmy na Gozo, z tym co jest tutaj. Teraz mieliśmy w końcu porównanie. Porównanie, które bezdyskusyjnie utwierdziło nas w przekonaniu, że Gozo to był jednak dobry wybór. Nawet Mellieha, ponoć taka na Malcie popularna, nie robiła na nas żadnego wrażenia. No może poza wrażeniem typu: za dużo turystów, zbyt turystyczna, jakaś taka nijaka.

Wszystkie te miejsca, które mijaliśmy na Malcie, a które teraz oglądaliśmy zza okien autobusu, jednak utwierdzały nas w przekonaniu, że może i poszczególne miejsca na Malcie są i piękne, ale jednak Gozo jest lepsze. Jakoś tak bardziej naturalne, mniej turystyczne, bardziej lokalne, spokojniejsze, dużo czystsze.

Valletta

Miejsce, miasto, stolica Malty. Ostatni punkt na naszej mapie. Od samego początku chcieliśmy to miasto zobaczyć, ale celowo zostawiliśmy je sobie na sam koniec.

Valletta, Malta

I zdecydowanie, zdecydowanie Valletta jest warta odwiedzenia! Piękne miasto, cudowne, klimatyczne uliczki, niesamowite widoki. Wszystko stare, ale zadbane i warte zwiedzenia. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Jedna poszła do muzeum wojskowego, druga – w tym ja – chciała pochodzić po mieście.

Valletta, Malta

Powłóczyliśmy się więc tymi klimatycznymi uliczkami, co chwilę to musząc podchodzić pod górę, to znów schodzić na dół. Zatrzymaliśmy się w jednej malutkiej, bardzo klimatycznej kawiarnii; powchodziliśmy w wąskie, małe uliczki; co chwilę zwracając uwagę na coraz to piękniejszą architekturę.

Valletta, Malta

I te stare budynki, te stare drzwi, klatki schodowe, te wszystkie posągi na rogu każdego budynku, nawet klamki, czy koładki. Piękna sprawa.

Valletta, Malta

Spotkaliśmy się wszyscy w Ogrodach Baracca. A tak naprawdę w niewielkim parku, z trawką, kwiatkami, kilkoma fajnymi ścieżkami i budynkami. Ale przede wszystkimi z pięknymi widokami na okolicę.

Ogrody Baracca - Valletta, Malta

Męczący, bardzo męczący dzień – jednak to całe łażenie po mieście dało mi popalić – ale zdecydowanie dobrze spędzony. Bardzo polecam odwiedzenie Valletty i przejście się tymi wszystkimi bocznymi uliczkami.

Ostatnia noc

Po zwiedzeniu Valletty wróciliśmy do naszego mieszkania. I tej nocy, ostatniej nocy tego wyjazdu zdaliśmy sobie sprawę z tego jak bardzo dobrym wyborem było spędzenie większości czasu na Gozo. A przede wszystkim – jak bardzo dobrym wyborem było to mieszkanie, które tam wynajęliśmy.

Po kilku dniach spędzonych na Gozo, w tym mieszkaniu, które tam mieliśmy – teraz ta noc na Malcie nie była już tak przyjemna. Brak klimatyzacji w mieszkaniu robiło swoje. Co prawda nie mi, bo ja raczej za klimatyzacją w pokoju nie przepadam (rozchorowałem się przez nią), ale pozostałym członkom naszego wypadu już mocniej przeszkadzało. Plus ten hałas. Jakoś przez pierwsze dwie noce spędzone tutaj nie odczuwaliśmy tego tak bardzo jak teraz. Hałas za oknem, który słyszeliśmy przez całą noc, a który był nawet przy zamkniętych oknach – dawał mocno popalić. Hałas od chodzących w tę i z powrotem ludzi; od samochodów, które nie przestawały jeździć przez całą noc.

Chyba przez te kilka dni zdążyliśmy się odzwyczaić od miasta i jego uroków.

Ostatniej nocy uświadomiłem sobie jeszcze, że mija nam właśnie siódma doba od czasu gdy zakupiliśmy Tallinja cards. Kupowaliśmy je w czwartek, jutro – w dzień wylotu – miał być również czwartek. Jeśli by więc karty działały na zasadzie 7 dni kalendarzowych, to w dzień naszego wylotu już nie powinny działać (w czwartek, tydzień temu już z nich korzystaliśmy). Jeśli jednak liczone są doby od momentu pierwszego skorzystania karty, była szansa, żeby jeszcze zadziałały (pierwszy raz użyliśmy ich po południu w czwartek, tydzień wcześniej). Poszukałem informacji na ten temat w Internecie. Nic nie znalazłem. No nic, nie dzieląc się z nikim moimi wątpliwościami, położyłem się spać. Dowiemy się za kilka godzin.

Wracamy do Polski

Wstawaliśmy koło 4, jakoś koło 5 mieliśmy autobus. Do pierwszego nas nie wpuścili, za dużo było w nim ludzi. Do drugiego jednak już bez problemu weszliśmy. Karty na szczęście dalej działały. Przejechaliśmy więc kilka przystanków, wysiadka i przesiadka na drugi autobus, który miał jechać już bezpośrednio na lotnisko. Było kilka takich, więc wybraliśmy pierwszy z brzegu, który podjechał. Wsiedliśmy i po jakichś 20 minutach byliśmy na miejscu. Na lotnisku.

Malta - Polska

Cały wyjazd dobiegał końca. Był to dobrze, bardzo dobrze spędzony czas. Wyjeżdżamy wszyscy głęboko przekonani, że Malta, a w szczególności Gozo, są naprawdę fajnymi, ciekawymi i wartymi odwiedzenia miejscami.


Zobacz też film z całego wyjazdu: Malta&Gozo – 2 tygodnie w innym świecie.

Zobacz też więcej zdjęć: Malta&Gozo [PHOTO].

A jeśli lubisz słuchać o podróżach, to ta rozmowa pewnie Ci się spodoba.

4 komentarzy

  1. Sebastian

    Świetnie się to czyta i ogląda Karolu! Zainspirowałeś, naprawdę zainspirowałeś.
    Pozdrawiam,
    również z Gdyni

  2. Henryk

    Byłem w grudniu na Święta. zwiedziłem prawie wszystko co Ty plus parę innych rzeczy. Byłem tydzień z rodziną. W grudniu nie ma tłoku, autobusy prawie pusto, było super. Za rok chyba znowu pojedziemy i zwiedzimy pozostałe atrakcje. Polecam gorąco

    1. Szkoda tylko, że Azure Window już się nie zobaczy.
      Ogromnie się cieszę, że jeszcze zdążyłem się załapać. Widok był niesamowity!

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola zostały oznaczone *