O życiu

Jak się zmotywować?

Wraz z upływem lat człowiekowi coraz trudniej skupić się na czymś trudnym do osiągnięcia i zmotywować do działań. To nie jest jednak tak, że się nie da. Da się. Czas więc odpowiedzieć sobie na pytanie: jak się zmotywować?

Ale zanim na to pytanie sobie odpowiemy, warto zdać sobie sprawę z tego dlaczego tak jest. Bo to nie jest tak, że to kwestia „starości” (c’mon, mając 30 lat jesteś dalej młody!). Z mojego punktu widzenia jest to raczej związane z trybem życia.

Trybem życia, bo mając 30 lat na karku:

  • Masz już za sobą trochę lat pracy i jeśli miałeś trochę szczęścia, to dorobiłeś się już pewnego statusu materialnego. Motywowanie się do osiągnięcia czegoś więcej/czegoś innego jest więc trudniejsze, bo przecież teraz nie jest źle. Jest ok, a my chcemy, żeby było lepiej. A lepsze jest wrogiem dobrego. Znacznie lepszym motywatorem jest to, że nie masz co do garnka włożyć i musisz się ogarnąć, niż to, że chcesz w końcu zobaczyć Toskanię.
  • Masz już jakieś pieniądze, bo je zarobiłeś. I posmakowałeś smaku pracy. Ciężkiej pracy. Pracy, która sprawiła, że te pieniądze zarobiłeś. Trudniej jest więc wydać coś, co kosztowało cię tyle potu, łez i nieprzespanych nocy. A spełnianie swoich marzeń siłą rzeczy często jednak z wydawaniem pieniędzy się wiąże.
  • Masz wygodnie i stałeś się leniwy. A spełnienie swoich marzeń wiąże się z wyjściem ze strefy komfortu. Albo z poświęceniem czasu i sił. Albo i z tym, i z tym.
  • Masz więcej obowiązków. Bo może masz już rodzinę, może masz już dziecko. Może masz już kredyt hipoteczny i samochód w leasingu. Oraz pracę na full time, żeby te kredyty opłacać.
  • Wpadłeś w rutynę, ułożyłeś sobie schemat dnia/tygodnia/miesiąca or whatever. I postępujesz zgodnie z tym schematem. A takie skupienie się na czymś innym mogłoby spowodować, że schemat się zawali. A jak się schemat zawali… oj biedny ty. Bo przecież tuż za schematem na pewno świat się też zawali. Na pewno. Ta, no na pewno.

No ale skoro już wiemy skąd biorą się te trudności w motywowaniu się, to przejdźmy do radzenia sobie z tym.

Opowiem dziś w skrócie jak ja się motywuję. Co sprawia, że daję radę ogarniać sporo rzeczy na co dzień, osiągać co nieco, a do tego jeszcze cieszyć się z robienia rzeczy, które czy to organizuję sam, czy to w których mam przyjemność uczestniczyć.

Jak się zmotywować?

Na początek rzecz najważniejsza. Ale serio najważniejsza. Ważna jak cholera. I jeśli jej sobie człowiek nie wbije do czaski, nie uświadomi sobie tego, nie uwierzy w to… ehhh, no sam rozumiesz.

Każdy ma chwile zwątpienia, każdemu czasem się nie chce

Najważniejsze! Ale serio, cholera, najważniejsze z najważniejszych.

Każdy jeden człowiek na świecie, bez względu na wiek, płeć, rasę, miejsce zamieszkania, status społeczny, czy cokolwiek innego sobie nie wymyślisz – ma czasem chwile zwątpienia. Każdemu człowiekowi na świecie czasem się po prostu nie chce. Nikt z nas nie jest maszyną. Nie jesteśmy w stanie „pracować” na pełnych obrotach przez 24/7. Nikt nie jest w stanie. I kropka. Albo wykrzyknik.

Ważne, by się z tym pogodzić i w momencie gdy taka chwila przyjdzie, zrobić coś z tym. To znaczy albo zostawić jak jest na jakiś czas i skupić się na czymś innym (bo każdy czasem potrzebuje chwili na odsapnięcie, odpoczynek i nie myślenie o tym), albo zrobić coś z tym, żeby w końcu zachciało nam się tak bardzo jak bardzo nam się nie chce.

Najpierw trzeba poznać siebie

Tak, pisałem o tym wcześniej (Jak odpowiedzieć na pytanie „kim jestem”?). Teraz też o tym wspominam, bo to jest niezwykle istotne.

Ciężko jest się zmotywować do czegoś, do czego motywować w ogóle się nie powinniśmy.

Z drugiej strony – nie ma lepszego motywatora niż świadomość, że robić się będzie coś, co sprawia przyjemność, co uszczęśliwia, co skutkuje bananem na twarzy, co daje poczucie spełnienia.

Co naprawdę motywuje?

Gdy już doszedłem do tego kim jestem, czego chcę i co daje mi szczęście – ważne było, aby uświadomić sobie, co mnie naprawdę motywuje. I jak się okazało nie były to pieniądze, nie była to wizja życia takiego, czy innego, nie były to wyzwania.

Były to sukcesy.

Małe i duże. Ale sukcesy.

Nie byłbym w stanie pracować w sposób powtarzalny. Na przykład w fabryce, przy produkcji czegoś. Co tam miałoby być sukcesem? Osiągnięcie wyniku X wyprodukowanych produktów w przeciągu dnia? Na pewno nie dla mnie. Nie mógłbym też pracować nad projektami, które ciągną się miesiącami, czy latami – bez pokazywania w międzyczasie efektów swojej pracy. Bez możliwości pochwalenia się nimi.

Dla mnie liczą się sukcesy. Sukcesy moje, czy zespołu, którego jestem członkiem. Sukcesy małe i duże. Sukcesy, którymi mogę się pochwalić publicznie; sukcesy, którymi mogę pochwalić się rodzinie, czy przyjaciołom. Czy też w końcu sukcesy, którymi mogę pochwalić się samemu sobie.

Stąd na przykład dużo łatwiej jest mi poświęcać czas na rzeczy, które niekoniecznie przynoszą wymierne, finansowe korzyści (jak np. blog, YouTube, czy podcast). Ale dają mi one motywację. Bo jeśli ktoś coś skomentuje, poda dalej, jakiś artykuł, film, czy odcinek podcastu osiągnie większą widownię – dla mnie jest to sukces, który motywuje mnie do dalszej pracy. Gdyby motywowały mnie pieniądze prawdopodobnie nie robiłbym tego, a na pewno nie robiłbym tego w taki sposób, jaki robię.

Weźmy taki zeszłoroczny wyjazd na Maltę. Był sukcesem, ponieważ udało mi się go zorganizować, ponieważ ludzie dobrze się bawili, a ja na koniec jeszcze mogłem opublikować film z wyjazdu i pochwalić się nim szerszej widowni. To jest taki sukces, który sprawia, że mam ochotę organizować kolejne wyjazdy. To jest sukces, który mnie motywuje.

Innym rodzajem sukcesu (i motywacji z niego płynącej) są sukcesy bliskich mi osób. To jest bowiem coś, co motywuje mnie na dwa sposoby. Szczególnie w kontekście mojej córki. Po pierwsze patrzę na moją własną córkę, która osiąga coś, na czym jej bardzo zależało. Niesamowita sprawa! Po drugie jest to również mój sukces, bo jednak się do tego w jakiś sposób przyczyniłem (ćwicząc z nią, zawożąc ją, odbierając itp). Z tego powodu na przykład dużo łatwiej jest mi się zmotywować do wożenia jej trzy razy w tygodniu na treningi gimnastyczne i przesiadywanie godzinami na schodach przed salą treningową w oczekiwaniu na to, aż skończą. Bo sukcesy widzialne (np. nauczenie się szpagatu) to jedno. Ale drugie to to, czego uczy się przy okazji (jak np. systematyzacji, konsekwencji, niepoddawania się, radzenia sobie w sytuacjach stresowych, oswojenia z widownią, czy w końcu tego, że można osiągnąć wiele przy odpowiednio ciężkiej pracy). To zaś jest inwestycją długoterminową, bo przyda jej się na wielu innych polach. Co zaś przełoży się na kolejne sukcesy, za którymi pójdzie znów motywacja.

Rozwój

Gdzieś kiedyś, w jakimś wywiadzie usłyszałem, że nie ma lepszego motywatora niż improvement, czyli nasz swojski postęp/rozwój. I zgadzam się z tym. I to bardzo. Jest to bardzo silny motywator.

Gdy widzę własne postępy, rozwój w zakresie rzeczy, na których mi zależy, nowo nabyte umiejętności – czuję, że chcę więcej. I może to być najprostszy rozwój możliwy… kolejny przebiegnięty kilometr, kolejne 10 pompek, umiejętność posłużenia się takim sprzętem, czy innym. Gdy dochodzę do momentu, w którym udaje mi się coś więcej niż udawało wcześniej – czuję powera. I chcę więcej.

Z ostatnich przykładów: wczoraj nauczyłem się synchronizować audio i video przy filmach, w których te dwa elementy nagrywane były osobno (zawsze gdy to robiłem wcześniej audio było szybsze niż video i całość mi się rozjeżdżała). Niby prosta sprawa, nawet bardzo prosta. A dała mi taką niesamowitą radość i taką przeogromną motywację do robienia nowych filmów, że ho ho. Okazało się, że nie dość, że nauczyłem się nowej rzeczy, to jeszcze zdałem sobie sprawę z tego, że jestem w stanie nagrywać dobrze brzmiące filmy z wykorzystaniem sprzętu, który posiadam, bez konieczności dodatkowych inwestycji.

Droga do celu

Często najtrudniejsze w osiąganiu rzeczy pozornie nieosiągalnych nie jest samo zrobienie tego (np. samo kupienie biletu na wyjazd, czy skok na bungee), ale rozpoczęcie procesu, który prowadzi do zrobienia tego czegoś.

Ja wyznaję prostą zasadę. Najpierw pojawia się pomysł, później powinny pojawić się odpowiednio: weryfikacja pomysłu, plan, rozpoczęcie procesu, bieżące review postępu, realizacja.

Najtrudniejsze jest zawsze rozpoczęcie procesu. Dlatego tuż po zweryfikowaniu pomysłu przystępuję do układania planu. Nie szczegółowego planu, ale zarysu działań, które muszę podjąć, by osiągnąć to, co sobie zamierzyłem. Dzięki temu wiem, z czym to coś się wiąże, co trzeba będzie zrobić, do kiedy, ile to będzie kosztowało czasu, pracy, pieniędzy i wysiłku oraz przede wszystkim kiedy mniej więcej uda się dojść do tego, na czym mi zależy. Orientacyjnie. Nie ma nic gorszego niż nie wiedzieć w co ręce włożyć. Nie ma nic gorszego niż świadomość, że nie wiem kiedy (i czy w ogóle) uda mi się coś osiągnąć.

A dzięki temu, że znam tę drogę, a raczej swego rodzaju poszlaki – dużo łatwiej jest mi się za to wszystko zabrać. W międzyczasie zaś, już po rozpoczęciu przygotowań, robię regularne przeglądy postępu. I dzięki temu widzę kolejne rzeczy, które pozostawiam za sobą i kurczącą się listę rzeczy, które jeszcze mi pozostały do zrobienia. Malejąca lista rzeczy do zrobienia motywuje. I to bardzo.

Ludzie

Ostatnią (no prawie ostatnią), ale niesamowicie istotną rzeczą, która motywuje jak mało co, są ludzie, którymi się otaczamy. Napisałem swego czasu artykuł pt. Dlaczego ludzie, którzy coś osiągają zostawiają swoich „przegranych” znajomych?

Do dzisiaj pozostaje on aktualny. Ludzie, którymi się otaczamy definiują nas samych. I albo są to ludzie, którzy ciągną nas w dół, albo wręcz przeciwnie – są to ludzie, którzy motywują nas do działania, do osiągania kolejnych rzeczy niemożliwych i kopią nas w cztery litery, gdy słyszą, że tak bardzo byśmy chcieli, ale cholera, jakoś tak nie idzie.

Muzyka

Punkt bonusowy. Nigdy nie byłem jakimś wielkim znawcą muzyki i nigdy nim nie zostanę. Ale wiem to na pewno, że muzyka potrafi zmotywować. I to znacznie bardziej niż film, książka, serial, motywacyjny speech, czy przeczytana historia człowieka, który coś osiągnął. Te bowiem motywują, ale na chwilę. Bo tak jak dziś się zachłyśniemy tym mega czymś, co usłyszeliśmy, zobaczyliśmy, czy przeczytaliśmy, tak jutro już o tym zapomnimy.

A muzyka potrafi zmotywować do robienia kolejnych małych kroczków. Następnego i następnego. I następnego, i następnego. I tak potrafi mnie zmotywować do przebiegnięcia kolejnego kilometra, do zrobienia tych kilku podciągnięć więcej, do napisania tego tekstu, który odkładam już tak długo, do skontaktowania się w końcu z tą osobą, na której mi tak zależy. Muzyka ma tę niesamowitą właściwość, że wprawia w jakiś nastrój. Nastrój, który jest nam często potrzebny do zrobienia tej małej rzeczy. Tej jednej małej rzeczy, która zbliża nas do celu. I tak kroczek za kroczkiem. Kroczek, za kroczkiem. Kroczek, za kroczkiem.

Na przykład przy pisaniu pomaga mi taka muzyka 🙂


Jeśli podobał ci się ten artykuł – proszę cię, prześlij go dalej do znajomych (przyciski od sociali masz poniżej) i zasubskrybuj mój newsletter. Będę Ci za to bardzo, ale to bardzo wdzięczny.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola zostały oznaczone *