O życiu

Finanse osobiste, czyli o jednym z największych błędów jakie w życiu popełniłem

Jednym z największych moich błędów, jakie popełniłem w życiu są moje finanse osobiste. A konkretniej to moje podejście do nich. To, co z nimi zrobiłem, czy czego z nimi nie zrobiłem.

Nie jestem zwolennikiem mówienia, że zrobiłbym coś w życiu inaczej, gdybym tylko cofnął się w czasie. Wyznaję raczej zasadę, że to wszystko, przez co do tej pory przebrnąłem jest swoistą nauką na przyszłość, jest czymś co mnie ukształtowało, tym, co sprawiło, że dziś jestem taki, a nie inny.

To samo tyczy się moich finansów osobistych. Bo z jednej strony nie chciałbym zmienić przeszłości, ale z drugiej strony – gdybyś spytał mnie, co bym powiedział 20-letniemu sobie, pewnie to byłaby pierwsza rzecz, która przyszłaby mi na myśl.

Finanse osobiste

Michał Szafrański z Jak oszczędzać pieniądze popełnił dziś ciekawy wpis na Facebooku. Zainspirowany tym wpisem, postanowiłem napisać o tym moim największym życiowym błędzie właśnie.

Nigdy nie miałem do tego głowy

Tak, jak z czasem nauczyłem się zarządzać finansami w firmie, tak z finansami osobistymi zawsze miałem problem. Od dawna już zarabiam ponad 2000 zł miesięcznie, a nawet ponad średnią krajową. A mimo to nie pamiętam już miesiąca, w którym nie musiałbym martwić się specjalnie o pieniądze.

I tak dzisiaj, 20. stycznia 2017 roku jestem 32-latkiem bez specjalnych oszczędności oraz bez własnych „dużych” rzeczy pokroju domu/mieszkania. Ba! nawet bez samochodu. Mieszkanie wynajmuję. Samochód zaś mam w leasingu, czyli dopóki go nie spłacę – samochód nie jest mój. Mam co prawda poczynione różnego rodzaju inwestycje w biznesy, ale na chwilę obecną – inwestycje te nie przynoszą mi wymiernych korzyści.

Z perspektywy czasu wiem, że moje problemy wynikały przede wszystkim z trzech rzeczy:

  • inwestowania w biznes
  • mojego konsumpcjonizmu
  • braku planu, celu; bieżącego zarządzania

Inwestowałem w różnego rodzaju biznesy od kiedy pamiętam. Inwestowałem, to znaczy z własnej kieszeni pokrywałem koszty budowania firm, produktów, usług, rozwijania biznesu takiego, czy innego. Czasem z lepszym skutkiem, czasem z gorszym. Po prostu dla mnie budowanie własnych biznesów miało zawsze pierwszeństwo. Inwestowałem zarobione pieniędzy w firmy, często kosztem swoim własnym (niekupowanie sobie niczego nowego), kosztem rodziny (brak wakacji przez kilka lat z rzędu, brak wspólnych wyjść), czy nawet w pewnym okresie – żywienia się „chlebem z pasztetem” przez kilka tygodni.

Konsumpcjonizm to konsumpcjonizm. Włączył mi się stosunkowo niedawno, kilka lat temu. Po prostu w którymś momencie miałem dosyć tego, że moje życie sprowadza się do reinwestowania wszystkiego, co zarobiłem. Nic nie miałem, niewiele widziałem, niewiele zrobiłem. Gdy już więc postanowiłem to zmienić – ogarnął mnie konsumpcjonizm. Ten jednak nie sprowadzał się w moim przypadku do kupowania sobie nowych rzeczy. Raczej skupiałem się na zasadzie „collect moments, not things”. Więc zacząłem odkładać pieniądze (i wyjeżdżać) na wakacje, częściej widywać się ze znajomymi, więcej czasu (i pieniędzy) poświęcać na hobby itp.

Aż w którymś momencie zauważyłem, że dalej stoję w miejscu. Nie inwestuję już tyle pieniędzy w biznesy, kolekcjonuję jakieś momenty, ale dalej mam problem. Dalej nie oszczędzam, dalej czasem zastanawiam się, czy wystarczy mi do pierwszego.

Chyba musiałem po prostu do tego dorosnąć. Bo dziś już wiem, że zwiększanie przychodu to nie wszystko. Liczy się bieżące zarządzanie swoimi finansami, plany i wyznaczanie sobie celów.

Im więcej zarabiasz, tym większe masz wydatki

Pamiętam gdy zarabiałem 500 zł miesięcznie. Nie było łatwo, ale coś tam sobie od czasu do czasu mogłem dorobić i lata temu byłem w stanie za te pieniądze przeżyć. Dziś zarabiam więcej i nie czuję, by na koniec miesiąca zostawało mi jakoś specjalnie więcej niż wtedy.

Bo to, czego nauczyłem się w ostatnich latach to to, że im człowiek więcej zarabia, tym większe wydatki mu się pojawiają. Więcej masz, więcej wydajesz. Większe mieszkanie wynajmujesz, samochód kupujesz, częściej widujesz się ze znajomymi na mieście, nie przyglądasz się cenom w sklepie tak bacznie jak kiedyś. A wszystko to dlatego, że o tym nie myślisz. Finanse osobiste? Zarządzanie nimi? Eeeeeeetam. Po co to komu.

Nie odmawiam sobie, czy innym, większego mieszkania, większego luksusu w życiu, lepszego samochodu, wakacji. Wszystko to jest w końcu dla ludzi.

Ale pod warunkiem, że dba się o swoje finanse osobiste. Na bieżąco się nimi zarządza, prowadzi się budżet domowy, spisuje przychody i koszty, planuje swoje wydatki, ustala cele. Słowem: robi się to mądrze.

Ja tak nie robiłem. Mimo, że jakiś czas temu zacząłem prowadzić budżet domowy, to to okazało się niewystarczające. Bo co z tego, że zacząłem wszystko spisywać, skoro nic nie odkładałem, kredytów specjalnie nie ubywało, nie miałem planu jak dojść do czegoś większego, jak osiągnąć jakiś bardziej odległy cel.

I tak dopiero w tym roku

W tym roku dopiero zdałem sobie sprawę z tego, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Albo raczej, że nic dobrego nie ma szansy się wydarzyć bez konkretnego planowana i rzetelnego zarządzania. Nie wiem czemu dopiero teraz to zauważyłem, skoro w firmie potrafiłem zdać sobie z tego sprawę dużo wcześniej. No ale najważniejsze, ze w końcu to zauważyłem. I w końcu zaczynam podchodzić do tego tak, jak powinienem był do tego podchodzić od dawna.

Wśród moich celów rocznych są trzy związane z terminem „finanse osobiste”. W ogóle pierwszy raz w życiu stworzyłem osobną kategorię rocznych goali: goale finansowe. I tych goali się trzymam, na bieżąco je przeglądam, dopasowuję różne moje decyzje, plany, bieżące działania do tych goali właśnie (zresztą jak to dokładnie wygląda pisałem tutaj).

Nie planuję iść na emeryturę za 7 lat. Nie planuję też, by mieć możliwość pójścia na emeryturę za te 7 lat. Chciałbym jednak, by w trochę krótszym od tego okresie, dojść do etapu, w którym powiem, że nie mam osobiście żadnych problemów finansowych. By dojść do momentu, w którym będzie mnie stać na to, na co chcę by było mnie stać (wtedy kiedy będę tego chciał), wszystko będę regulował tak jak/kiedy powinienem i jednocześnie będę odkładał nadwyżkę.

Oczywiście również dzięki temu, o czym wspomina Michał:

Kiedy nie nawiążę do tego wpisu zalinkowanego poniżej, to słyszę „przeżyj za 2000 zł miesięcznie”. Cała sztuka polega właśnie na tym, aby jak najszybciej wyjść ze strefy takich dylematów. (…) Wiem jedno – gdybym zarabiał 2000 zł miesięcznie, to nie spędzałbym godzin na fejsie tylko non-stop kombinowałbym jak zarabiać więcej. Bałbym się takiej sytuacji.

Ale nie tylko.


Nie zapomnij zapisać się do mojej listy mailingowej. Będziesz na bieżąco ze wszystkim, co tworzę, piszę i nagrywam.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola zostały oznaczone *